Powroty i lokalność. Kurpiowszczyzna między nostalgią a nowoczesnością
Gdyby dawni mieszkańcy Kurpiowszczyzny nagle zmartwychwstali, według ks. Adama Bonieckiego natychmiast dostaliby zawału serca. I trudno się dziwić – jeszcze 70 lat temu region był symbolem biedy i braku perspektyw, a dziś jeździmy po świetnych drogach, mijamy zadbane wsie, nowe domy i altanki. Cywilizacyjny przeskok jest tak ogromny, że trudno go oswoić. A jednak to właśnie na tych ziemiach, gdzie jeszcze niedawno zbierano szyszki i kolki, dzisiaj przechwalamy się liczbą koni mechanicznych i zamawiamy pizzę z podwójną wołowiną. Czy można wrócić do miejsca, które zmieniło się nie do poznania? I czy warto wracać, skoro wszystko wokół jest już inne?
Cywilizacyjny skok Kurpiowszczyzny
Wracając z Rydzewa, autor tekstu odkrywa coraz to inne drogi – przez Ostrołękę, Łęg Przedmiejski, Brzozówkę, Tatary. Po drodze sosny, zadbane wsie, dopieszczone podwórka, a czasem wydma, bocian na latarni czy przydomowa kapliczka z Matką Boską. Awans materialny regionu jest zdumiewający. Ksiądz Adam Boniecki, Honorowy Obywatel, wspominał tę okolicę sprzed 70 lat – wtedy pozostawała symbolem biedy. Dziś infrastruktura robi ogromne wrażenie: świetlice wiejskie, siłownie pod chmurką, remizy strażackie, altanki – wszystko zadaje szyku.
Gdyby dawni mieszkańcy nagle zmartwychwstali, natychmiast dostaliby zawału serca. Trudno byłoby im oswoić cywilizacyjny przeskok.
ks. Adam Boniecki, Honorowy Obywatel
Jeszcze niedawno zbierano szyszki i kolki, by rozpalać ogień w kaflowych kuchniach. Dzisiaj przechwalamy się liczbą koni mechanicznych, starannie dobieramy rośliny do ogrodów, zamawiamy pizzę, zajadamy oliwki i burgera z podwójną wołowiną. Coraz łatwiej zapominamy o nieszczęściach, wojnach, traumach. Cenimy dobrobyt, łakniemy wsi spokojnej i wesołej. Błogosławione niech będą kurpiowskie aktywa: kukurydza, krowy, mleko. A także uparci, pracowici ludzie, którzy heroicznie mnożą szczęście – jeszcze kilka dekad temu byłoby to jedynie fragmentem mitologii.
Od Homerowego Itaki do kurpiowskiej wsi – siła mikroświatów
Wszystkie te nazwy – Gnaty, Pupkowizna, Durlasy – od zawsze dźwięczą w uszach, ale częściej bywamy w Portugalii niż w tych miejscowościach. Trochę to naganne. Profesor Marek Węcowski, autor książki „Homer na nasze czasy”, przywołał w wywiadzie sugestię Miloša Formana. Wybitny czeski reżyser podpowiadał adeptom sztuki filmowej, by nigdy nie tworzyli filmów dla całego świata, bo nikt tego nie obejrzy – nawet tubylcy rodzinnej wsi.
Warto pokusić się o dostrzeżenie lokalności, czegoś odrębnego, konkretnego, dotykalnego, prawdziwych smaków i zapachów. Dopiero wówczas zachwytom i nagrodom nie będzie końca, a świat obdarzy dzieło i jego twórcę owacją na stojąco.
Miloš Forman, reżyser (za: prof. Marek Węcowski)
Poznawanie świata przypomina rzucanie kamyka na taflę wody – fale rozchodzą się harmonijnie, coraz dalej. Kto nie rozpozna początku, nie zrozumie końca. Kto nie dostrzeże mikrokosmosu, nie uwierzy w nieskończoność. Itaka króla Odyseusza to tylko górzysta wyspa – niecałe 100 km², ledwie 3 tysiące mieszkańców. Ponad dwukrotnie mniej od powierzchni gminy autora tekstu. A jednak Homer uwiecznił coś tak drobnego. Dawno połknęliśmy bakcyla globalizmu, czujemy się obywatelami świata. Ale niewidomy Poeta wiedział, że grecki świat utkany jest z takich okruchów – najmniejszych centrów, ważnych dla obywateli, którzy nazywali je „polis”. To dlatego Odys, zdewastowany wojną, musiał powrócić do swego odległego domu. Powroty to trudne zajęcie, czasem niemożliwe – jesteśmy już kimś innym, nadwątleni, podstarzali, zdezorientowani. A jednak prowincja trzyma się dobrze, rozkwita. Renesans kurpiowski spełnia się na naszych oczach i uszach – powolniaki, żurawie, fafury, okrąglaki trafiają do nas różnymi zmysłami.
Kurpiowska ferma: rytuały i wyzwania
Ostatnio więcej deszczu niż słońca. Korzystają kurpiowskie piaski i kukurydza – niech wspina się do nieba z nadzieją, że wrześniowe słońce zdąży napełnić kolby. Jak Kurpie długie i szerokie, wszędzie pojawią się pryzmy ze starannie rozdrobnioną i ubitą kukurydzą. To zbawienny rytuał – fermentacja mlekowa, dzięki której można skarmiać krowy. Proces jest skomplikowany: proporcja między suchą a mokrą masą musi być precyzyjna, później staranne foliowanie, ciężkie opony, kilka tygodni bez dostępu powietrza. To nieoceniona kurpiowska przewaga, dar od losu – głębszy finansowy oddech, dochód wymierny, choć wcale nie stabilny, bo cena mleka wariuje na giełdowej sinusoidzie.
Człowiek wsiąka w te lokalności – plusy i minusy, euforie i klęski, bezinteresowne starania i pogruchotane miesiące. Codzienne powroty cieszą, choć nie ma w nich odysowej ekstazy. Zdarzają się mikronowe olśnienia – na wysokości Gibałki, po lewej stronie, pojawiają się nagle wieże kościelne, złote od chwilowego słońca. Otwiera się zmatowiała pamięć, trochę jak z proustowską magdalenką. Dylewo miało niesłychane szczęście – konsekracja świątyni, znakomici budowniczowie, księża Marian Niemyjski i Jacek Majkowski, zawsze pomocni Janek i Stanisław Kaczyńscy, utalentowany Marcin Sutuła – autor malowideł, dumni mieszkańcy. Wieże jako drogowskaz, antycypacja domu, metafizyczny anons – zapowiedź powrotu.
Komentarze (0)
Brak komentarzy. Bądź pierwszy!